Trzy dni wyjęte z życiorysu.

Wyjazd, na myśl którego przechodziły mnie dreszcze – mieszane uczucia nasilały się ze zbliżającym się dniem wyjazdu – okazał się wyjątkowo pozytywnym zjawiskiem. Cóż, można powiedzieć, że zbyt wiele alkoholu zostało wypite, zbyt wiele Lolków spalonych, a drętwa aura powodowała zawieszenia czasoprzestrzeni tak intensywne, że istnienia takich zjawisk mój mózg nigdy nie przewidywał. Od kokainy było biało, od trawy zielono, a alkohol spływał niczym czyste potoki z gór pełnych fosforyzującego śniegu – w pokojach na każdym stole widniały trasy zjazdowe Białki Tatrzańskiej układane z tych właśnie trzech składników. Tak muszę rozpocząć ta opowieść, nie mogę inaczej przedstawić tego co tam zaszło, wszystko byłoby jedynie kłamstwem.

 

Zacząć należy od czasu wyjazdu, mianowicie trzech symbolicznych dni. Liczba trzy moi drodzy już w starożytnej Grecji uchodziła za liczbę doskonałą – wyważoną i przemyślaną. „Trzy” to przestrzeń i czas w doskonałej harmonii. Trzy wymiary nakładają się na trzy czasy: przeszły, teraźniejszy i przyszły – w kolejności jak kto woli. Nasza wyprawa miała trwać trzy dni, czy były to dni dobrze zaplanowane, idealne, nie noszące skazy marnotrawstwa? Uczucia mam mieszane, wykorzystane były dobrze (choć nie można tu mówić o jakimkolwiek przemyśleniu), marnotrawstwo – o nim słowa nie będzie.

 

Wyprawa pociągiem musi rozpocząć się na dworcu, tu zdziwienia nie ma, bo też tak było (tak mi się wydaje). Cztery osoby słodko roztrzepane po próbnej maturze, którą pisały w tempie rekordowym, co by na „środek lokomocji” zdążyć, biegają z walizami po całym dworcu – widok okazały. Ta faza była stosunkowo znośna, dworzec jak zawsze zapchany menelami słodko uśmiechniętymi do toreb przechodniów i zapachami rozchodzącymi się w tej dziurze pod ziemią, budziły w moim sercu nieokreśloną sympatię. Przeskok z tego burdelu – jakim niewątpliwie jest dworzec centralny w warszawie – do przedziału, później zdawał mi się magiczną teleportacja, rozrywającą moje dotychczasowe życie z tym co będzie i ma się jeszcze wydarzyć. Przyznam, że samo to uczucie było warte tego całego zamieszania z biletami, ludźmi i innymi formami życia znajdującymi się w tej podkutej w żelazne koła dżdżownicy leniwie rozciągającej się na torach. Tu właśnie doszło do konsumpcji napojów noszących miano: „wyskokowych”. W towarzystwie bardzo przyjaźnie nastawionej, zasuszonej (powiedzieć można za życia zmumifikowanej) babiny cała libacja dojrzewała. Rozpoczęcie i przeskoczenie dystansu pierwszej butelki nie stanowiło dla zgranej i zaprawionej w bojach brygady żadnego wyzwania. Jak miało pokazać życie do trzeciej butelki dotrwaliśmy dzielnie – po raz kolejny pojawia się liczba trzy, prześladuje mnie. W trakcie tej pijackiej delirki, usadowiony wygodnie w fotelu, w przerwach po miedzy jednym głębszym a drugim, podziwiałem rozciągające się za oknem piękne widoki, przyznam szczerze po raz pierwszy w życiu poczułem dumę z bycia Polakiem. Nie, nie, nie. Nie chodzi mi to o aspekt wyzwoleńczo narodowy czy jakiś inny (tu wybaczcie za proste i dobitne słowo) bzdet. Poczułem się dumny z tego, że mieszkam w tak pięknym miejscu. Dawno nie rozpływałem się tak nad pięknem natury – o ile kiedykolwiek tak głęboko wpadłem w taki nastrój. Pola, łąki, lasy, jeziora, bagna i na końcu góry. Muszę przyznać, że to wszystko zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Później w Krakowie, gdzie mieliśmy przesiąść się w PKS przeżywałem niesamowite katusze związane z widokiem spalin, samochodów w ogromnej ilości – to nie było już pozytywne, zapamiętały pęd cywilizacji do samozniszczenia, tyle zobaczyłem. Krakusy nie miejcie do mnie pretensji o te słowa, miasto Kraków jest chyba najpiękniejszym i klimatycznym z Polskich miast, jednak po podróży krajoznawczej pociągiem to co zobaczyłem wpłynęło na mnie w sposób bardziej globalny – Kraków mógłby być Warszawą lub NY, a i tak było by to wszystko jedynie, jednym wielkim syfem.

Zabawa w PKS’ie była niczego sobie, tu widoki ponownie powalały mnie na kolana, sam z zachwytu uwsteczniając się do postaci ameby jak roztopiony ser płynąłem po podłodze…

 

CDN.

(o ile zachce mi się pisać.)

 


About this entry