Wypluć, zapomnieć…

Czasami siadam tak jak teraz i wypluwam z siebie wszystko co leży mi na mózgu. Nie wiem czy to dobre podejście, czy w jakikolwiek sposób wewnętrznie mnie to rozwija, czy w końcu, czy ma to jakiś sens? Głęboko jestem przeświadczony o tym, że w pewien nieodgadniony sposób leczy to skołatane nerwy oraz lekko już nadszarpnięte zdrowie psychiczne. Staram się wydobyć z siebie coś co w sposób wyjątkowy mnie irytuje. O dziwo poza standardowymi punktami zapalnymi takimi jak kreowanie sztucznych potrzeb przez mass media i katolicki bełkot dobiegający ze wszystkich najodleglejszych nawet stron Polski, dziś nie irytuje mnie nic. Uświadamiając sobie to dokładnie pomiędzy jednym a drugim słowem doznaję nieopisanego szoku. Czyżbym w końcu dochodził do ładu z tym wszystkim co tkwi gdzieś we mnie, czy posiadłem umiejętność wykopywania problemów ze swojej głowy tak szybko jak się pojawiają? Byłoby mi to niezmiernie przydatne w życiu codziennym naszpikowanym ostrymi punkcikami zapalnymi, boleśnie kąsającymi w ego jak pineska w kudłaty tyłek. Długo przyszło mi pracować nad sobą, nad lepszą wersją, która w sposób mniej rażący wklejałaby się w masę tępego społeczeństwa, w którym każda oznaka odmienności jest tępiona w zarodku – nie twierdzę, że udało mi się wspiąć po drabinie ewolucji na „wyższy” szczebel, łudzę się, że jestem przystosowany do życia w grupie. Wszakże człowiek jest istotą społeczną – tak mawiają stare dziady o tęgich umysłach, które zdołały pojąć wszelkie tajemnice otaczającego mnie świata. Chyba idę w „dobrym” kierunku. Chyba…


About this entry