dzień jak co dzień…
Dziennik jaśnie pana z roku pańskiego 2008, wpis 1
30 luty 2008 data zwykła, niczym niewyróżniająca się spośród natłoku dat innych, odmiennych. Dzień, poniekąd niezwykły w swej zwyczajności. W Polsce mamy huragan, tak dobrze myślisz, huragan to taka sytuacja kiedy wiatr wieje z prędkością 150 km/h a z nieba spadają podejrzane przedmioty i zimny deszcz, który nieprzyjemnie przeszywa całe ciało. Cóż specjalnego z tej okazji pozostaje mi opisać, jak nie skulone w biegu wzbraniające się siłami wszelkimi przed deszczem ludzkie postaci, dziurawe ulice warszawy z których za każdym przejazdem ważącej ok. 7 ton ciężarówki tryskają na wszystkie strony strugi wody. Kilka nieistotnych zdarzeń dnia codziennego, w tym zniesienie wizy dla Polaków w Kanadzie, wypadek autobusu – 54 postacie zeszły ze sceny życia, spadając w ciężkim żelaznym pojeździe w czarną przepaść, ach i początek wyborów w Rosji, każdy jednak wie kto wygra. Dzień zwykły, zamglony, pozbawiony koloru. Wielu straciło dziś prąd, wielu szyby w samochodach, kilku straci życie. Huragan, który błądzi jak ślepiec o lasce, zbiera żniwo. W kilku słowach strasznie tu nudno i próżno wyglądać jakichś perspektyw na dzisiejszy wieczór. Być może warto byłoby wziąć aparat i zawijając się w płaszcz wyskoczyć na ziąb, deszcz i wiatr cyknąć kilka zdjęć, być może coś wskoczy w obiektyw. Wsłuchując się w dźwięk wstukiwanych klawiszy i zerkając kątem oka na parującą herbatę myślę, że dziś zrezygnuję z tej wątpliwej przyjemności. Pozostanę tu, siedząc słuchając dżemu, paląc papierosa za papierosem, papieros za papierosem.
Sprawa ostatnia, która poruszyła mnie do głębi: czy w Polsce już nie można normalnie po ludzku kupić 5 sztuk dobrego zielonego uśmieszku..? Otóż okazuje się, że nie. Nawet tak ciemne zajęcie, w którym człowiek spotyka się rzadko z tzw. „wałkami”, może zejść na psy. Nadal nie dochodzi do mojej głowy fakt, że zamiast normalnego ludzkiego uśmieszku, człowiek dostaje do ręki szałwię czy oregano. Jako człowiek korzystający z darów natury od wielu lat nie spotkałem się z tak nieprzyjemnym zdarzeniem. Mianowicie w woreczku, który zakupił na szczęście mój znajomy – a nie ja – napotkałem skruszone liście szałwii, ważące przeszło 3g. Myślę, że to jeden z tych złych dni kiedy człowiek nie powinien wychodzić z domu, włączać żelazka i stawać na stołku. Myślę, że trzeba być wyjątkowym łosiem, żeby sprzedawać szałwię za 30zł od 1gr. Owszem, interes niczego sobie, jednak skutki, z którymi sprzedawca zapewne się nie liczy zazwyczaj są opłakane. Podbite oczy, wybite zęby i krew na chodniku. Czy to warte 30 zł za 1g.? „…Oto jest pytanie?”
No comments yet
Jump to comment form | comments rss [?] | trackback uri [?]